• Wpisów:17
  • Średnio co: 148 dni
  • Ostatni wpis:6 lata temu, 10:25
  • Licznik odwiedzin:5 329 / 2673 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
A umysł i rozum to najlepsza broń, jaka kiedykolwiek powstała. Broń, którą można zabić nawet miłość.
 

 
Lubie w sobie swój kościsty tyłek, podobno delikatny głos. Lubie czasami swój tok myślenia, a nawet to, że czasem napisze jakieś słowo z błędem. Lubie czuć do kogoś tego, czego nie czuję do znacznej większości ludzi. Lubie kiedy jest mi zimno. Lubie kiedy sprawiam, że ktoś dzięki mnie się uśmiecha. Naprawdę, wiele rzeczy lubię. Jedną jedyną kocham - swoją śmierć. Swój upadek, koniec cierpień i zasranych dialogów z zasranymi ludźmi.
 

 
Karmie się resztkami ludzkiego cierpnia. Nie, nie widzę w tym nic złego.
 

 
Jestem pewna, że zatęsknisz. Może to będzie tylko chwila, moment, ułamek sekundy, ale zatęsknisz, wiem to. Może będziesz wtedy stał w kolejce po fajki, a może będziesz słuchał dobrego rapu. Ale zatęsknisz. Albo będziesz z nią, poczujesz jej zapach i stwierdzisz, że nic nie dorówna mojemu. Ale zatęsknisz. Przeleci ci przed oczyma wszystko. Każdy mój uśmiech, każda łza. Każda chwila spędzona razem. Zatęsknisz.
 

 
Bolało mnie serce, którego nie posiadałam. Tęskniłam za kimś, kto nie był tego wart. A jednak, pustka jaka mi po nim pozostała zdawała się zadawać ból, którego nie dało się zapić kolejkami bez popitki. Nicość, zdawała się być mną. Wsiąkała we mnie z gorzkim uśmiechem na ustach. Spadałam gdzieś na dno utraconych nadziei na lepsze jutro.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (12) ›
 

 
Każda Twoja łza jest bezcenna. Nie zmarnuj ani jednej. Nie popełnij mojego błędu – wraz z łzami, które nie powinny popłynąć, pozbywasz się radości, osobowości, młodości… całego siebie. Takie łzy nie oczyszczają, osiadając na dnie Twojej bezbronnej duszy zamieniają się w czarną, lepką smołę. A Ty nie możesz się ich pozbyć. Już nigdy nie będziesz taki sam.
 

 
Są spotkania, rozmowy, tabletki, moje życie zależne od recept i wykresów, są też chwile dobre, lecz pełne niepokoju o następne 'jutro'. Czasami zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jestem ja. Ja jako człowiek, nie ja jako karta w recepcji, nie ja jako pacjent, jako przypadek. Nie jestem przypadkiem. Nie jestem pierdolonym niuansem w waszych cholernych rozważaniach nad psychiką ludzką.
 

 
Pamiętasz smak pierwszego papierosa i alkoholu? Było ohydne i gorzkie. Ale mimo wszystko brnąłeś w to dalej, bo dodawało energii i zawracało w głowie. Tak samo jest z pierwszą miłością. Musi być napełniona goryczą, co nie znaczy, że trzeba ją znienawidzić.
 

 
Zobacz- przed oczami masz dziewczynę, którą kiedyś kochałeś. Jest zapłakana, tusz spływa jej po policzkach, a na głowie nieład - przecież była kiedyś szczęśliwa. Czujesz jak jej serce rozrywa się na kawałki, czujesz jej ból- to dobrze. Słyszysz jak jej dusza krzyczy, słyszysz każdą jej myśl. Boisz się o nią. Widzisz jak biegnie, choć nie wiesz dokąd. Biegniesz za nią. Ona dobiega do mostu. Widzisz jak stoi na poręczy, a ty sterczysz jak głupiec, zamiast ją powstrzymać. Zamykasz oczy, otwierasz.. i widzisz jak znika we mgle nad rzeką. ona umarła, a ty powoli znikasz. Nie czujesz nic.
 

 
Ciebie już nawet nie obchodzi, że wypalam paczkę dziennie, piję dużo wódki, przestałam się malować i rozmawiać z przyjaciółmi. Ciebie już nic nie obchodzi, a to boli jeszcze bardziej niż to, w jaki sposób się niszczę.
 

 
Dwa lata temu mówiłam, że jestem najszczęśliwszą osobą jaka w ogóle istnieje. Bezwzględnie upajałam się szczęściem zawartym w Jego słowach. Wzbudzałam podejrzenia mamy, bo chodziłam z dziwnym bananem na twarzy, i po raz pierwszy lekcja matematyki nie miała sensu, kiedy wyczekiwałam tylko dzwonka i kolejnej cudnej przerwy z Nim. Nic się nie składało. Jego 'kocham' nie do ogarnięcia, moje mocno bijące serce - podobnie. Dwa lata temu, dwudziestego siódmego listopada był. Był mój.
 

 
Ból może być połączony z przyjemnością. Znasz uczucie radości z powolnego umierania? Jesteś tabletką noszoną pod językiem, trucizną, na wypadek bezsennej nocy. Wykończysz najpierw moją psychikę, potem umrę fizycznie, a o zmierzchu zmartwychwstanę z ustami przewiązanymi czerwoną wstążką. Pewnego dnia, chciałabym obejrzeć swoje życie na szklanym ekranie. Móc je przewinąć, a w rozmowach o Tobie wyciszyć głos. Bo im bliżej jesteś, tym bardziej Cię nienawidzę. Stań naprzeciw mnie, wyciągnij rękę, uśmiechnij się a wtedy przebiję Ci serce, które od dawna jest już jedynie martwym narządem pompującym krew.
 

 
Za dużo przeklinam i za dużo palę. Atakuję w obronie własnej nawet wtedy, gdy ktoś się do mnie uśmiechnie. Jestem jeszcze bardziej nieufna i powściągliwa. Popadam w obsesje na których temat nie ma nic w książkach medycznych. Nie wiem skąd biorą się w mojej głowie te wszystkie myśli. Nie pamiętam kiedy zaczęłam lubić ból. To wszystko działo się poza moją świadomością. Rozwijało się jak niewidzialny wirus, który ujawnił się gdy było już za późno. Jak widać są jednak choroby, które można polubić. O ile potrafi się zapanować nad ich skutkami ubocznymi. Bo czasem mam okrutną ochotę zabić, ochotę podsycaną zazdrością o to, że nie wiesz jak czasem jest mi źle.
  • awatar Gość: świetne :D
  • awatar Gość: wymiata <3
  • awatar Gość: mega <3
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (10) ›
 

 
Moje życie coraz bardziej zaczyna przypominać kiepski scenariusz polskiej wersji skins z winem w plastikowych butelkach, leżeniem na ulicy, bujaniem się na mostach i przypadkowymi rękami pod spódniczką.
 

 
Nie pamiętam już jak krzyczała cisza, zwykle to ja krzyczę, próbując ją zagłuszyć. Bo wiesz, czasem potrzebuję wieczorów gdy wychodzę, z torebką o zawartości 20 procentów, czerwoną szminką i lusterkiem na którym wydrapałam Twoje inicjały. I wcale nie idę się szmacić.
 

 
Śni mi się, że idę jakimś podziemnym korytarzem, może kanałami. Mija mnie młody mężczyzna. W pewnej chwili zawraca, chwyta mnie w pasie i zaczyna kręcić dookoła. Zaczynam się z nim przekomarzać, ale tak, jakbym bała się go podrapać, albo przypadkiem gdzieś zranić. W pewnym momencie leżę na nim, trzymam jego ręce na ziemi, mocno przyciśnięte. Patrzę mu w oczy. On zaczyna się uśmiechać i jednym ruchem przewraca mnie. Odchodzi.
 

 
A ten liść spadł prosto pod moje nogi. Podniosłam jedną z nich, z zamiarem przejechania nim po asfalcie, wtem ktoś zawołał moje imię. Rozejrzałam się wokół siebie, ale nie zauważyłam ani żywej duszy. Przemknęła mi myśl, że być może mam już omamy, więc tylko wzruszyłam ramionami, lecz znowu ktoś zawołała moje imię. To był ten sam głos. Zmrużyłam oczy by po chwili je zamknąć. Wzięłam dwa głębokie wdechy i kucnęłam przed liściem. Nie było w nim nic nadzwyczajnego. Nic, co by go jakoś szczególnie odróżniało od pozostałych liści. A jednak. Miał coś, co mnie w nim zaciekawiło. Miał wyrysowane moje imie. Takie nijakie, jednak na nim, wyglądało nadzwyczajnie. Już wiedziałam, że to wiadomość z góry, że jednak ktoś tam o mnie myśli, nawet wtedy, kiedy sobie tego nie życzę.